Wiejska szkółka

Do szkółki jechałem z duszą na ramieniu. Czy ja będę potrafił tym dzieciakom przekazać wiedzę w sposób dla nich zrozumiały? Jechałem z nastawieniem, że przede wszystkim będę zajmował się prostą budowlanką. Do nauki angielskiego się nie paliłem, nie mam przecież przygotowania pedagogicznego, nigdy tego nie robiłem. Paweł, polak który od lat mieszka w Kambodży i miał duży udział w tworzeniu szkoły powiedział mi: „Przyjeżdżaj, pracy nie brakuje, będziesz robił to co będziesz chciał robić.” Jako upominek wiozłem dzieciakom farby akrylowe, trudno dostępne na wsi lub w małym miasteczku. W szkole malowałem klasy, ławki, jeździłem taczką, kopałem łopatą. Ale codziennie prowadziłem też zajęcia. Jak któraś z khmerskich nauczycielek nie prowadziła zajęć w danym dniu, to ja musiałem zrobić to za nią. Jagoda, jedna z wolontariuszek z najdłuższym stażem przygotowywała mi zajęcia. Najczęściej wieszałem plakaty z owocami lub warzywami na ścianie i najpierw dzieciaki musiały przerysować je do zeszytu. I pierwszy z brzegu mówił wtedy: „Nauczycielu, narysuj mi jabłuszko”. I musiałem to zrobić, pomimo braku talentu i wątpliwych umiejętności artystycznych . I potem każdemu po kolei szkicowałem banana, arbuza, kalafiora, kukurydze i co tam tylko każdy chciał. Ale był spokój i skupienie. A potem wszystkie naraz krzyczały każdy wyraz po kolei. I jak się darły to było je słychać w oddalonym o piętnaście kilometrów Takeo. I każde brałem do tablicy, odpytywałem, korygowałem błędy. Żeby uczyły się od początku poprawnej wymowy. Nie uciekały z moich zajęć, siedziały do końca lekcji, która trwała półtorej godziny. Jak pytałem, kto chce podejść do tablicy i coś napisać, to był las rąk i harmider taki, że khmerska nauczycielka z klasy obok, przychodziła zobaczyć jak to możliwe, że są takie aktywne. Ona do utrzymania dyscypliny używała kija. Pomiędzy zajęciami wsiadałem na pożyczony rower i jeździłem nim po okolicznych wioskach. A dzieciaki na mój widok krzyczały „Hello teacher!”. Uwielbiałem jeździć do publicznej szkoły nieopodal i grać z dzieciakami w piłkę. Grały dziewczyny i chłopaki. Najczęściej ponad pięćdziesiąt osób naraz. Zdecydowana większość bez butów. Ale wiele z nich miało prawdziwy talent. I zabawa była przednia. I zawsze pytały czy jutro też przyjadę. Podróżowanie to bardzo hedonistyczne doznanie, poprzez taki wolontariat i bezinteresowną pomoc, staje się ono pełniejsze. Pamiętam, jak pewnego dnia w upale wrzucałem piach do taczki. Pot lał się ze mnie strumieniami. Dzieciaki miały wtedy wolne. Na motorze wraz z ojcem przejeżdżała jedna z uczennic. Mała, filigranowa dziewczynka. Podeszła do mnie, z uśmiechem wręczyła owoc kokosa, którego sok fenomenalnie gasił pragnienie i powiedziała po angielsku: „ To dla Ciebie nauczycielu!” Potem odjeżdżając machali razem z tatą na pożegnanie. To był dla mnie dobry czas. Mam nadzieję, że dla dzieciaków także.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close